Salento i Valle de Cocora
Podczas pobytu w Salento spotkaliśmy parę Słowenek, które zorganizowały sobie ekspresowy wyjazd po Ameryce Południowej. W ciągu dwóch tygodni planowały odwiedzić chyba z 5 państw i siłą rzeczy na ich liście znajdowały się wyłącznie topowe atrakcje turystyczne każdego z nich. Pomijając sam pomysł organizacji takiego “LatinoExpress”, dużo to chyba mówi o samym miejscu naszego spotkania.
Dolina Cocora (Valle de Cocora) wraz z kilkoma uroczymi miasteczkami leży około 200 kilometrów w linii prostej na wschód od Bogoty. Przekłada się to na mniej więcej godzinę lotu krajowymi liniami lub bliżej nieokreśloną wieczność w autobusie. Podróżowanie po Kolumbii drogą lądową bywa bowiem mocno kłopotliwe, bo nie pomaga w nim ani górzyste ukształtowanie terenu, ani nieustannie zakorkowane drogi. Chcąc więc oszczędzić trochę czasu, kupiliśmy bilety na samolot z Bogoty do Armenii.
Wypada może doprecyzować, że mowa tu o mieście w Kolumbii, a nie o kraju na Kaukazie. Konsternacja jest jednak jak najbardziej zrozumiała, bo wcześniej sam nie miałem pojęcia o istnieniu takiego miasteczka. Co znamienne, geografia obydwu Ameryk pełna jest takich zapożyczeń ze “Starego Świata”. W samej Kolumbii znajdziemy na przykład wspomnianą Armenię, ale też Palestine, Barcelonę, Belen (Betlejem), Turin, Palermo i Medellin, nazwany tak od wsi położonej gdzieś w Hiszpanii. Niektóre nazwy wyraźnie wskazują na pochodzenie migrantów-założycieli, a jak można zauważyć na powyższej liście, jest to mieszanka z całego świata. Współcześni Kolumbijczycy są przez to bardzo zróżnicowani, a ich przodkowie pochodzą z Europy, Azji, Afryki albo rdzennych plemion tego regionu. Przodków z Bliskiego Wschodu ma choćby Shakira, największa gwiazda Kolumbii. Nie każdy też wie, że ta kolumbijska piosenkarka kilkukrotnie otrzymywała propozycje małżeństwa od Polaka, ale ostatecznie zdecydowała się na zgłoszenie moich wiadomości jako “naruszających normy społeczności”.
Salento – miasteczko z pocztówki
W samej Armenii nie ma za bardzo czego zwiedzać, co potwierdził zarówno nasz kierowca Ubera, jak i widok za oknem samochodu. W mieście odwiedziliśmy więc wyłącznie dworzec autobusowy i od razu przesiedliśmy się do lokalnego busika, jadącego do Salento. Bilet na godzinną trasę kosztował grosze, a w cenie był dodatkowo klimat wschodnioeuropejskiej marszrutki i radio grające najgorętsze hity discolatino. Wypoczęci po takich luksusach, zrzuciliśmy z siebie plecaki w hotelu i ruszyliśmy rozeznać się w okolicy.
Już po pierwszych chwilach w Salento czuliśmy, że panują tu zupełnie inne warunki, niż w gigantycznej Bogocie. Po zadbanych, kolorowych uliczkach kręciły się tłumy turystów, a liczne bary i sklepy z pamiątkami zachęcały do odwiedzin i pozostawienia w nich kilku pesos. Atmosfera czujności i wiszącego gdzieś nad głową nieokreślonego zagrożenia zupełnie wyparowała. Innymi słowy – ładne, choć trochę typowe turystyczne miasteczko, jakich wiele na całym świecie. Po kilku dniach w stolicy Kolumbii zrobiło jednak na nas bardzo dobre wrażenie i przyjemnie było na jakiś czas opuścić gardę podczas naszej, jakby nie było, podróży poślubnej.
Główny rynek miasteczka idealnie dopełnia wizerunek sielskiej miejscowości wypoczynkowej. Kolonialna architektura nieodłącznej trójcy ratusza, kościoła i posterunku policji, uzupełniona jeszcze niewielkim parkiem (obowiązkowo im. Bolivara) i przytulnymi knajpami aż prosi się o umieszczenie na pocztówce albo innym magnesie made in China. Przez plac przewija się codziennie też morze turystów, bo odjeżdżają stąd jeepy do większości okolicznych atrakcji. Istny raj dla backpackerów i faktycznie jest ich w mieście pod dostatkiem. Swoją drogą, zastanawiam się czasem, jakim cudem ci wszyscy ludzie na wakacjach są tacy czyści, eleganccy i w ogóle jakby prosto z reklamy Jacka Wolfskine. My po tygodniu albo dwóch noszenia swojego dobytku na plecach prezentujemy sobą wiele rzeczy, ale reklamować moglibyśmy co najwyżej środki na grzybicę lub poparzenia słoneczne. W dodatku nawet jeśli miałem kiedyś jakieś wyprasowane ubrania, to po takim czasie już dawno zmieniły one swoją pierwotną formę, a niekiedy nawet i stan skupienia. Niezależnie jednak od tajemnicy schludnego wyglądu grupek backpackerów, ich liczna obecność w Salento wyraźnie świadczyła, że mają tutaj dogodne warunki środowiskowe.
Poza rynkiem i kilkoma odchodzącymi od niego ulicami, najpopularniejszą atrakcją w samym miasteczku jest położone w centrum niewielkie wzgórze. Rozciąga się z niego ładny widok na zieloną do granic możliwości okolicę, który przyciąga co sprawniejszych fizycznie turystów. Miejsce w sam raz nadaje się do wypicia czegoś zimnego o zachodzie słońca, a miejscowi dobrze wyczuli potrzeby rynku. Trzeba jednak pamiętać, że miejscowy handel nie może się obejść bez reklamy słowno-muzycznej. Chociaż okrzyki i gwar ze straganów nie odbiegały od tutejszej normy, to jednak w tym całym obrazku coś mnie zdziwiło. Tym niepasującym elementem był ubrany po cywilnemu Kolumbijczyk z karabinem, który jakby od niechcenia przechadzał się pomiędzy stoiskami. Sprzedawcy usilnie starali się nie zwracać na niego uwagi, a może faktycznie nie stanowił dla nich żadnej nowości. Dla nas jednak widok młodego faceta, który bez żadnych emblematów albo nawet głupiej czapeczki z napisem “seguridad” nosi karabin w miejscu publicznym był bardzo daleki od definicji “nic nadzwyczajnego”. Mimo wszystko nie chcieliśmy wyjść na na nieobeznanych w lokalnych tradycjach, dlatego też po jakiś czasie poszliśmy sobie poszukać ładnych widoków troszeczkę dalej.








Kawa, kakao i palmy woskowe
Okoliczna natura jest jednym z głównych powodów, dla których turyści gromadnie zjeżdżają się w okolice Salento. Wszystko odbywa się przy tym w klimatach eko, bio i w ogóle miłości do Pachamamy oraz kolumbijskiej ziemi. W pobliżu miasteczka można odwiedzić jedną z kilkunastu plantacji, produkujących głównie kawę albo kakako. O walorach uprawy kakao akurat się nie wypowiem, bo nie wystarczyło nam na nią czasu, ale wizyta na farmie kawy była naprawdę super. Zwiedzanie przyjmuje w sumie formę warsztatów, podczas których nie tylko można wypić najlepszą kawę na świecie, ale i zobaczyć cały proces, jaki ta roślina przechodzi od maleńkiego ziarenka do porannej kolejki pod ekspresem w zakładzie pracy. Ogólnie w takim momencie człowiek uświadamia sobie, jak wielkim ignorantem jest w kwestii kawy, bo w zasadzie każdy element procesu jej produkcji ma wpływ na finalny smak napoju. I nie są to bynajmniej różnice czysto kosmetyczne, bo faktycznie kawę na farmie serwowali doskonałą.
Żeby dodatkowo dopełnić wrażenia z wizyty, turyści zaganiani są też na jakiś czas do zbiorów samych owoców kawy. Do tej czynności wydawany jest oczywiście podstawy sprzęt BHP w postaci sombrero oraz koszyczka na zbiory, po czym gringos kierowani są na stanowiska pracy na pobliskich stokach. Warto założyć do tej czynności solidne buty, bo jeśli akurat wcześniej trochę popada, to w zwykłych adidasach bardzo łatwo wyrżnąć na ziemię. Ogólnie rzecz biorąc jest to praca niewdzięczna, kontuzjogenna i jak to zwykle z takimi bywa, słabo płatna. Miejscowy robotnik za kilogram zebranych owoców dostaje 1000 pesos, czyli mniej więcej 1 złotówkę. Zakładając więc nawet wyjątkową sprawność niektórych Kolumbijczyków w tym zakresie, w żaden sposób nie jest to lukratywne zajęcie.
Dobra, dość zresztą o kawie, bo jak ktoś chce sobie posłuchać nowinek rolniczych, to sobie może włączyć Agrobiznes. W okolicach Salento znajduje się bowiem jedno z najbardziej fotogenicznych miejsc w całej Kolumbii i to właśnie tam przede wszystkim ciągnie większość podróżnych. Mowa oczywiście o wściekle zielonej Valle de Cocora (Dolinie Cocora), położonej raptem 10 kilometrów od miasteczka.
Do Doliny Cocora, jak też i do innych atrakcji w sąsiedztwie, dojeżdża się z Salento jeepami, nazywanymi pieszczotliwie “willisami”. Ta druga nazwa jest zresztą znacznie bliższa nomenklatury producenta, bo wykorzystywany w Salento model pojazdu to Willys MB, zaprojektowany w USA jeszcze za ostatniej Wojny Światowej. Wycieczka takim jeepem to przy okazji przeżycie samo w sobie, już pomijając nawet cel wyjazdu. W pełni komfortowo w willisie mieści się jakieś 9 osób, w tym kierowca i 6 osób na pace. W praktyce turyści zwykle jeżdżą po 12-14 osób, w zależności od odwagi i gabarytów, natomiast miejscowi podobno pakują się do nich nawet i po 30-tu, bardziej trzymając się pojazdu, niż realnie w nim siedząc. Nie muszę chyba dodawać, że Kolumbijczycy są raczej wyluzowani w sprawie przepisów ruchu drogowego.
Bardzo chcieliśmy wyrobić się na miejscu z przejściem najdłuższej trasy, najlepiej jeszcze przed tłumami innych zwiedzających, dlatego do Valle de Cocora ruszyliśmy jednym z pierwszych jeepów o poranku. Życie najwyraźniej wyczuło nasze ambitne plany, bo w gratisie dostaliśmy na start kilka kilometrów spaceru więcej. Okazało się, że spory kawałek od wejścia do parku uszkodził się jeden z mostków. Chociaż willis to maszyna nie do zajechania, to jednak nad rzeką nie przefrunie. Kierowcy podziękowali więc grzecznie pasażerom i wskazali im dalszą drogę stromo pod górę, pocieszając przy okazji “że to już niedaleko”.
Po dotarciu na start właściwego szlaku byliśmy już lekko zmachani, ale dziarsko ruszyliśmy przed siebie. Co ciekawe, formalnie Valle de Cocora stanowi część parku narodowego Los Nevados, ale za wejście na poszczególne ścieżki i tak trzeba dodatkowo zapłacić właścicielowi pobliskiego pola. Nie wchodziliśmy jednak w dyskusje na temat podstaw takiej opłaty i grzecznie zrekompensowaliśmy panu Kolumbijczykowi deptanie jego nieużytków. Jako że jeszcze pogoda tego dnia dopisała, szło s
