Rovaniemi, Oulu, Helsinki – Finlandia

Zima w Polsce to magiczny okres. Pogoda dość szybko przechodzi od trybu wiecznej pluchy do czasu białego zimna i na odwrót, dni są krótkie i w dodatku spędzane zazwyczaj w całości w pracy, a od kilku lat swoje dokłada tradycyjna już fala koronawirusa. Ogólnego marazmu nie może poprawić nawet kolejny Sylwester Marzeń, a dźwięk skrobania zamarzniętych szyb auta przez sąsiada o poranku budzi uśmiech na twarzy co najwyżej przez pierwszych kilka dni. 

Nic więc dziwnego, że dobrym pomysłem w tym czasie wydaje się krótki odpoczynek od naszego kraju i spędzenie chociaż kilku dni w ciepłym miejscu, gdzie nic nie pada nam na głowę, nie musimy nosić czapek, a słońce zachodzi zauważalnie później. Idealnym okresem na taki wypad zdaje się początek stycznia, kiedy jeszcze na dobre nie odespaliśmy Sylwestra, a już możemy świętować Trzech Króli. O ile więc nie przypada nam w Jasełkach rola Baltazara albo baranka nr 3, to warto skorzystać z kilku dni wolnego i zobaczyć nieco świata. Mniej więcej taki tok myślowy przyświecał mi przy zakupie biletów do Helsinek i na fińskie koło podbiegunowe. 

Finlandia zimą – przygotowania 

W teorii zimowa wycieczka na daleką północ Finlandii brzmi bardzo ciekawie – to w końcu kraj Świętego Mikołaja, zorzy polarnej, reniferów i gwarantowanych białych Świąt. Pewien problem pojawia się jednak, kiedy lekkomyślny podróżnik sprawdzi w końcu prognozę pogody na najbliższe tygodnie. Kiedy zacząłem monitorować ją jakoś w połowie grudnia, zorientowałem się, że słupek rtęci w Rovaniemi nie lubi nudy. W ciągu kilku tygodni przełomu 2021/2022 temperatura na zmianę spadała i rosła w przedziale od 0 do blisko -30 stopni, osiągając najczęściej wartość od -15 do -20°C.

Spostrzeżenie to skłoniło mnie do przeglądu mojego wyposażenia zimowego pod kątem potencjalnej przydatności do warunków quasi-polarnych, a tym samym oszacowania szans powrotu bez straty istotnych części ciała. Wynik oględzin pozostawiał trochę do życzenia, bo najcieplejszymi elementami mojej garderoby okazała się być wysłużona kurtka zimowa z Zary i śmieszne wełniane skarpetki ze wzorem w kebaby, otrzymane na ostatnie Święta. Pewnie nawet spróbowałbym oszczędzić sobie dalszych zakupów odzieżowych, gdyby nie moja nieślubna towarzyszka podróży, która w krótkiej rozmowie poddała w poważną wątpliwość moje przymioty intelektualne i subtelnie nawymyślała mi od dziadów. Uzbrojony w listę zakupów i polecenie zachowania minimum rozsądku, wybrałem się na szybki objazd po sklepach sportowych. 

Z perspektywy czasu jestem jednak przekonany, że lepiej nie bagatelizować kwestii ubioru przed wyjazdem do zimowej Finlandii. Z drugiej strony nie ma też jej co demonizować i kupować arktycznej kurtki ocieplanej puchem edredonowym za miliony monet, jeśli wybieramy się do Rovaniemi i mimo wszystko planujemy posiadać jakiś dach nad głową. Zgodnie z opiniami miejscowych, temperatura zimą rzadko spada do -30°C i niżej, a nawet wtedy trwa to najwyżej przez tydzień w roku. W trakcie całego naszego pobytu na Północy w styczniu 2022 r., termometr wskazywał od -17 do -22°C, choć w niektórych miejscach (np. na plaży w Oulu, o czym później) odczuwalna temperatura była zdecydowanie niższa. W tych warunkach zestaw składający się z kompletu bielizny termicznej, polaru, bluzy z kapturem i zimowej kurtki z popularnego marketu spokojnie wystarczał do komfortowego spacerowanie po mieście i okolicach przez większość dnia (i często nocy). 

Finlandia – wjazd w dobie koronawirusa

Do listy niezbędnych spraw do załatwienia swoje dorzucił też kolejny wariant koronawirusa, który w tym okresie szturmował listy przebojów szpitali zakaźnych większości planety. W związku z tym Finlandia zmieniła zasady wjazdu do kraju  i do grona obowiązków turystów z Polski doszedł jeszcze wynik testu antygenowego, wykonanego na 48 h przez wylotem. Fińskie władze zalecają też wypełnienie krótkiej ankiety o nazwie FinEntry (dostępnej np. TUTAJ), w ramach której odpowiadamy na kilka prostych pytań, a ona  wyrokuje, czy po przylocie na miejsce powinniśmy się poddać kwarantannie albo kolejnemu testowi. W moim wypadku udzieliła odpowiedzi przeczącej w obu tych sprawach, więc z czystym sumieniem i zdecydowanie większym spokojem udałem się na lotnisko w Modlinie, czyli w najtrudniejszy etap podróży na koło podbiegunowe. 

O tym porcie lotniczym zostało powiedziane już dużo, z czego większość słowami cokolwiek niemiłymi, więc refleksje w tej materii ograniczę do minimum. Chciałbym zwrócić jedynie uwagę na fenomen tzw. biletu lotniskowego, który jest moim osobistym czarnym koniem w bardzo wyrównanym wyścigu o tytuł najszybciej drożejącej usługi w Polsce. Zgodnie z archiwalnymi zdjęciami Google (w Internecie nic nie ginie), w 2012 roku bilet kosztował jeszcze 12 zł, co już i wtedy stanowiło raczej nieprzyjemny wydatek dla studenta wyposażonego w kartę miejską. Niemniej od tego czasu jego cena wzrasta z regularnością, której pozazdrościć mogą mu akcje spółek z Menlo Park, bo dzisiaj trzeba zapłacić już za niego równe 20 zł. Oczywiście, nie jest to fortuna, ale nadal to całkiem dobry wynik jak na – moim zdaniem – jedno z najgorszych połączeń lotniskowych transportem publicznym w Polsce. 

Pomijając pewne niedoskonałości lotniska w Modlinie, podróż minęła nam sprawnie i bez większych problemów. Do Helsinek lecieliśmy Ryanairem, który tradycyjnie na każdym etapie rezerwacji, odprawy i samego lotu próbuje swoich sił w trudniej sztuce wciskania ludziom niepotrzebnych dodatków za jakiekolwiek pieniądze. W zasadzie nawet lubię tę zabawę w akwizytora i jego ofiarę, bo w tej słowno-budżetowej rozgrywce mam naprawdę mocne karty i  chyba nie zdarzyło mi się dokupić jeszcze dodatkowego ubezpieczenia od ataku szerszeni albo pakietu 14 zdrapek po promocyjnej cenie. 

Zaraz po wylądowaniu w Helsinkach i wyjściu z samolotu strażnicy graniczni sprawdzali … no tak dokładnie, to sam nie wiem co. Na pewno okazaliśmy im wynik testu antygenowego, dowód osobisty i certyfikat szczepienia, ale nasz funkcjonariusz skwitował te wszystkie dokumenty dość wieloznacznym mruknięciem. Zresztą, dopiero po przejściu pierwszej kontroli zorientowałem się, że oboje wylegitymowaliśmy się tym samym certyfikatem szczepienia, ale za to wydrukowanym w dwóch egzemplarzach. Nie zrobiło to najwidoczniej większego wrażenia na fińskim strażniku granicznym, a może po prostu uznał za niegrzeczne dopytywanie nas, dlaczego nie pokazaliśmy mu poprawnego dokumentu. Możliwe też, że zachował się jak wzorowy Fin i zwyczajnie nie przyszło mu do głowy, że ktokolwiek mógłby chcieć oszukać funkcjonariusza publicznego. Co ciekawe, Finowie są uczciwi aż do granic i zupełnie nie potrafią kłamać, przez co naprawdę słabo grają w Monopoly, ale za to żyją w dobrze zorganizowanym i efektywnie funkcjonującym kraju. Cóż, coś za coś. 

Po odebraniu bagażu zostaliśmy jeszcze raz poproszeni o okazanie certyfikatu szczepienia (i wyłącznie tego dokumentu), po czym mogliśmy już śmiało opuścić teren lotniska. Należy jednak pamiętać, że zasady wjazdu do Finlandii i obowiązki turystów zmieniają się z szaloną częstotliwością, dlatego warto samodzielnie śledzić najnowsze informacje w tym zakresie u źródła, np. na stronie fińskiego Instytutu Zdrowia lub polskiego MSZ.

Helsinki – atrakcje, co zobaczyć i jak dojechać z lotniska

Na pewno istnieje kilka możliwych środków transportu z lotniska Vantaa do centrum Helsinek, ale zupełnie komfortowo i szybko dojedziemy tam komunikacją miejską. W budynku lotniska mieści się stacja kolejowa, z której odjeżdżają czyste, punktualne i tanie pociągi do centrum. Sam przejazd trwa ok. 30 minut, a bilet dla jednej osoby kosztuje 4,10 EUR. Stacji kolejowej nie da się przeoczyć, bo całe lotnisko jest dobrze oznaczone i ogólnie bardzo sympatyczne. Podczas całej naszej podróży po Finlandii regularnie odnosiłem wrażenie, że jest to kraj przyjazny podróżującym i raczej nie sposób się w nim zgubić. Odnosi się to nie tylko do dworców i stacji, ale też do ścieżek rowerowych i tras spacerowych poza centrum miast. 

Kiedy dotarliśmy do miasta, dość szybko rzucił się nam w oczy wyraźny kontrast pomiędzy ubiorem Finów i turystów. Na zewnątrz panował wtedy kilkustopniowy mróz, ale Finowie nie zwracali na niego raczej zbytniej uwagi. Ich trampki, letnie kurtki i gołe kostki zauważalnie odróżniały się od grubych puchowych kurtek hiszpańskich turystów i ich śniegowych butów o kilkucentymetrowej podeszwie. Ja sam zresztą bardziej przypominałem pół człowieka, pół Decathlon i wtedy jeszcze poważnie zastanawiałem się, czy na pewno nie przesadziłem nieco z ciepłymi ubraniami. Jak wspomniałem wcześniej, wyjazd na północ Finlandii szybko rozwiał moje wątpliwości, ale nawet w nieludzko mroźnym Oulu na ulicy spotkaliśmy młodzież, która beztrosko jeździła na deskorolce bez kurtek i nawet cienia czapki. Trzeba zresztą przyznać Finom, że niskie temperatury nie robią na nich żadnego wrażenia i w jakiś bliżej niezrozumiały dla mnie sposób potrafią wyłączyć w sobie wszelkie objawy hipotermii. 

Po przyjeździe pociągiem na stację kolejową w Helsinkach udaliśmy się od razu do pobliskiego centrum handlowego Kamppi, w którym mieści się też dworzec autobusowy. Do zaplanowanego nocnego autobusu do Rovaniemi zostało nam jakieś 7 h, więc postanowiliśmy pozwiedzać nieco fińską stolicę. Z racji na fakt, że przytargaliśmy ze sobą potężnych rozmiarów plecak z toną ciepłych ciuchów i konserw turystycznych, musieliśmy zostawić go gdzieś w bezpiecznym miejscu. Po rozwiązaniu tej kwestii, ruszyliśmy na podbój Helsinek. 

Wyposażeni w kilka godzin wolnego czasu i taktyczną butelkę termiczną z grzanym winem, ruszyliśmy na zwiedzanie Helsinek. Nie do końca wiem, jak to się dzieje, ale zwykle podczas odwiedzania nowego miejsca pierwsze kroki kierujemy jak najdalej od centrum miasta. Nie inaczej było też tym razem, więc po chwili znaleźliśmy się pod jednym z ciekawszych zabytków Helsinek, a mianowicie pod luterańskim kościołem Temppeliaukio, wykutym w skale. Wystrój obiektu zauważalnie różni się od tego, do czego przyzwyczaiły nas kościoły w tradycji katolickiej, bo utrzymany jest w surowym stylu, pozbawionym zbędnych ozdób. Rozbrzmiewa w nim też cicha elektroniczna muzyka, bardziej przypominająca tę z dowolnej windy w każdym hotelu na świecie, niż koncert organowy akompaniujący nabożnym procedurom. Wedle moich krótkich obserwacji sami Finowie zresztą traktują kościoły bardziej jako zabytki architektoniczne i fajne miejsca do wyciszenia, niż miejsca kultu religijnego. Taka funkcję pełni swoją drogą kaplica przy centrum handlowym Kampi, którą również warto odwiedzić podczas pobytu w Helsinkach. Co zaś tyczy się kościoła Temppeliaukio, to jego zwiedzanie jest płatne i kosztuje 4 EUR. My grzecznie uiściliśmy wymaganą opłatę, ale gdyby ktoś zamiast Boga w sercu posiadał raczej Order Kawalera Kwitnącej Cebuli II Klasy z Liśćmi Kapusty, to mogę zdradzić, że najprawdopodobniej możliwe jest wejście na podwyższoną galerię bez przechodzenia obok kasy. 

All-Exclusive-Helsinki (19)
Wnętrze kościoła Temppeliaukio
All-Exclusive-Helsinki (18)
Plac przed centrum handlowym Kampi. Sam w sobie mało interesujący, ale ta monstrualna doniczka w tle to ciekawa świecka kaplica. 

W dalszej kolejności skierowaliśmy swoje kroki w kierunku plaży Hietaranta, żeby zobaczyć jak wygląda zaśnieżony Bałtyk na tej szerokości geograficznej.  Na miejscu przywitała nas – co za brak zaskoczenia – tona śniegu ciągnąca się po horyzont. Jestem w stanie zgodzić się z twierdzeniem, że zamarznięte morze pokryte śniegiem nie oferuje wyjątkowo zróżnicowanego pejzażu, ale zimowy spacer po Helsinkach z butelką grzańca był zdecydowanie przyjemnym doświadczeniem. Błąkając się gdzieś po obrzeżach miasta dotarliśmy też do bardzo popularnej knajpy o nazwie Cafe Regata, pod którą zgromadził się spory tłum amatorów kiełbasek z ogniska i cynamonowych bułeczek. Muszę przyznać, że spodobała mi się koncepcja hot-dogów w wersji IKEA, czyli zrób-to-sam. W zależności od zakupionego zestawu, w kafejce dostajemy kiełbaskę z bułką (albo i bez), którą samodzielnie pieczemy sobie nad pobliskim ogniskiem i pałaszujemy z widokiem na zatokę. Pieczone kiełbaski są zresztą bardzo popularne w Finlandii, a zwyczaj grillowania trwa tam w jakiejś formie przez cały rok, bez względu na panujące na zewnątrz mrozy. 

Z ciekawszych atrakcji poza ścisłym centrum Helsinek mogę wymienić też Stadion Olimpijski i park wraz z pomnikiem Sibeliusa. Pierwszy z tych obiektów był areną zmagań podczas zimowej Olimpiady w 1952 r., podczas której sprytni Finowie dołożyli swoją cegiełkę do światowego dziedzictwa kultury alkoholowej wymyślając tzw. Long Drink, czyli magiczną mieszankę ginu i soku grejpfrutowego. Charakterystyczną częścią stadionu jest też absurdalnie wysoka wieża komentatorów, obecnie pełniąca funkcję punktu widokowego. Panorama Helsinek nie jest w zasadzie jakoś wyjątkowo spektakularna, bo w mieście przeważa dość niska zabudowa , a sama stolica Finlandii położona jest na płaskim terenie, który również nie urozmaica scenerii z punktu widokowego. Jeśli chodzi zaś o drugą z wymienionych wcześniej atrakcji, to o ile nie jesteście finalistą 1 z 10 albo przypadkowo nie zrobiliście doktoratu z historii muzyki klasycznej, to samo nazwisko Sibeliusa pewnie niewiele wam powie. W takiej sytuacji możecie przeczytać sobie (najlepiej głosem Tadeusza Sznuka), że „Jean Sibelius był fińskim kompozytorem i autorem narodowego stylu w muzyce fińskiej„. Jeśli natomiast jesteście pozbawieni tej wiedzy, to jego pomnik w postaci ogromnych organów (muzycznych, oczywiście) stanowi dość wyraźną podpowiedź co do przebiegu kariery zawodowej Sibeliusa.

All-Exclusive-Helsinki (24)